niedziela, 7 października 2018

Daily life.


Witam wraz z początkiem października, udało mi się wyrzeźbić kolejny post, a przede wszystkim go opublikować, bo na afrykańskim wifi, wstawienie nowego wpisu opatrzonego zdjęciami i filmami jest szalenie czasochłonne. Nauka cierpliwości polega tutaj na nabywaniu zdolności do czekania, począwszy od oczekiwania na kierowcę, który nas dokądś podrzuci, idąc przez czekanie na work permit, umożliwiający roczny pobyt w Zambii, a kończąc na internecie, który działa bardzo kapryśnie. Taka lekcja będzie dla mnie na pewno przydatna, gdyż swoje życie w Europie miałam bardzo uporządkowane. Do swojej codzienności podchodziłam zadaniowo. W większości przypadków byłam panią/kowalem swojego losu, miałam jakąś kontrolę nad własną codziennością. Tutaj muszę się przestawić. Po pierwsze zmienić słowo zegarek na czas. My europejczycy mamy zegarki, wszystko dzieje się o ściśle określonej porze, zmienną jest godzina, stanowiąca punkt odniesienia w planowaniu codzienności czy generalnie życia. Afryka natomiast ma czas, ma go szalenie dużo. Mało co dzieje się o z góry określonej porze. To czy: ktoś przyjedzie, coś będzie gotowe, coś się zacznie, coś zakończy, o tej i tej godzinie czy tego i tego dnia, pozostaje zagadką. Trzeba nastawić się na to, że czas w Afryce to wartość względna, zależna indywidualnie od osoby i okoliczności. Branie za pewnik umówionych dni i godzin okazuje się być zgubne.

Przykład, dzisiejszy lunch, który wg naszego timetable odbywa się w niedziele o 12.30, dziś rozpoczął się o 13.20. Kilka tygodni temu na godzinę 7.00 była zaplanowana msza z okazji rozpoczęcia roku szkolnego. Godzina 7.00 była ot takim hasłem, niezobowiązującym terminem rzuconym w eter. W praktyce rozpoczęliśmy mszę o 7.50. Oczekiwanie na nasz work permit to jest w ogóle temat rzeka, któremu mogłabym poświęcić cały oddzielny post i być może wcale nie wyczerpałabym tematu. W skrócie wygląda tak, że skończyła nam się już miesięczna wiza, a work permitu jak nie było tak nie ma. Podobno ma być gotowy w przyszłym tygodniu, "podobno" jest tutaj kluczowe, bo ów "przyszły tydzień" ciągnie się już prawie od miesiąca. Procedura trwa w najlepsze, my nie do końca wiemy czy jesteśmy tutaj legalnie czy już na przypale. Teoretycznie mamy jakąś kserokopie potwierdzenia wpłaty za ten work permit, ale nie bardzo wiemy czy to wystarczające. Najlepsze jest to, że nikt poza nami nie widzi w tym żadnego problemu. I to jest właśnie idealne zobrazowanie tego jakie mają tutaj podejście do czasu oraz planowania. Będzie to będzie, nie ma to nie ma, po co drążyć temat. Może do końca naszego pobytu się wyrobią.



W tym wpisie chciałabym przedstawić trochę informacji technicznych z zakresu transportu, usług, budownictwa. Na początku pokaże nasze włości, poniższe fotki obrazują najbliższe otoczenie oraz domostwo, w którym przyjdzie nam spędzić najbliższy rok:









Tak mieszkamy, jest bardzo sympatycznie. Zanim zgłosiłam się na formację miałam wyobrażenie, że mieszkanie na misjach będą musiała sobie zorganizować sama, czyli wybudować jakiś szałas, wykopać dołek i myć się we wiadrze, niczym Boczek ze Świata wg Kiepskich. Tymczasem okazuje się, że primo domek jest, na dodatek murowany, ma szyby, ba nawet moskitiery w oknach. Jest wyposażony w niezbędne media, każda z nas ma swój prywatny pokój, zaś spanie odbywa się na normalnym łóżku, a nie jakiejś gołej posadzce czy snopku siana. Mamy salon z aneksem kuchennym, łazienkę z sedesem oraz prysznicem. Co do pewnych niedogodności, które nie są wielce problematyczne, no ale mają miejsce, zdarza się kąpiel w zimnej wodzie, z niewiadomych przyczyn czasem ciepłej wody brakuje. Ma to miejsce nie częściej niż 2-3 dni w tygodniu. Ponadto czasami nie ma prądu, wyłączenia nie trwają jednak dłużej niż kilka godzin, nie mogę powiedzieć, żeby była to jakaś wielka tragedia. A propos prądu to już pierwszego dnia miałyśmy pewne zderzenie z tutejszymi standardami. Przyjeżdżamy do domku, każda ma telefon na wyczerpaniu, więc jedna z pierwszych czynności, to szukanie gniazdek, tych akurat nie brakuje, ale jak widać na zdjęciu, są zgoła inne niż te których używamy w Polsce. Oczywiście nie przyszło mi do głowy, by zainteresować się tematem wcześniej i zaopatrzyć się w jakieś przejściówki, mimo, że mój brat, "złoty elektryk" sugerował, bym podpytała jak wygląda tutaj kwestia gniazdek i prądu. Wszystko dobre co się dobrze kończy, dzięki radzie księdza Pawła i przywiezionym z Polski rozgałęziaczom, udało się ów problem rozwiązać sposobem. Daje się wepchać "polski" rozgałęźnik jeśli w jeden z otworów (oczywiście nie ten, który jest w bezpośredniej łączności z prądem) włoży się coś cienkiego (my używamy w tym celu patyczka po lizaku), wówczas coś tam się w środku poluzowuje i można wjechać z wtyczką, która ma grubsze bolce, niż te które są w Zambii. Ponadto w paczce, którą wysłali mi rodzice, idzie też przedłużacz z wtyczką dostosowaną do tutejszych gniazdek. Co do paczki, jestem bardzo ciekawa czy i kiedy dojdzie. Skorzystaliśmy z usług naszej krajowej poczty, przewidywany czas wg rozpiski na stronie to około 30 dni, w praktyce 2-3 miesiące, więc może akurat na święta zajdzie.

Pokazałam mniej więcej w jakich warunkach mieszkamy, teraz kilka słów o tym jak mają się sprawy z zambijską komunikacją i usługami. W Zambii obowiązuje ruch lewostronny:


Trochę ciężko się przestawić, na szczęście nie ja muszę prowadzić auto, więc mogę delektować się jazdą niczym w odbiciu lustrzanym. Jak widać na filmiku ulice, szczególnie te miejskie, wyglądają podobnie do europejskich, asfaltowa wylewka, pas zieleni oddzielający dwie jezdnie, masa bilbordów. Chodników dla pieszych brak, poruszają się oni poboczem. Przejścia dla pieszych to również bardzo rzadki widok, chcąc przebić się przez ulicę trzeba po prostu pchać się na chama, ale z zachowaniem pewnej ostrożności. W odpowiednim momencie należy niejako wymusić na samochodzie, aby się zatrzymał albo zdążyć przebiec zanim nadjedzie. Ruch na ulicach jest spory. Jeżeli chodzi o krajobraz miejski Lusaki, to na każdym kroku mija się wspomniane bilbordy. Dużo ludzi porusza się pieszo, na środkach ulic również mija się ludzi, którzy handlem ulicznym zarabiają na życie. Europa ma zakupy internetowe, Afryka zakupy drogowe. Czekając na zmianę światła można skorzystać z usług ulicznych handlarzy, którzy kręcą się między samochodami oferują szeroką gamę produktów: m.in.: woda, słodkie napoje, drożdżówki, kiełbasa, papier toaletowy, zdrapki do telefonu, wszelkiej maści obuwie, warzywa/owoce. Zabudowa jest raczej niska, gdzieniegdzie w tle widać wysokie budynki, biurowce czy wieżowce. Stanowią one jednak niewielki procent tkanki miejskiej.


Lusaka stwarza też możliwości transportu zbiorowego. Po mieście poruszają się busy, ale nie takie miejskie jak np. w Warszawie, tylko takie bardziej nyski:


W taki autobus wbija się pasażerów w myśl zasady ile wlezie. Jadąc raz na zakupy miałam przyjemność siedzieć na jednej kanapie z czwórką innych pasażerów, co wcale nie było takie niekomfortowe, biorąc pod uwagę fakt, że Ani przyszło wówczas jechać na prowizorycznym siedzeniu, za które służyło odwrócone do góry nogami wiadro. W autobusie panował tak nieprzeciętny ścisk, że nie szło wyjąć aparatu i pyknąć zdjęcia czy filmiku. Myślę, że taki busik za każdym razem wiezie około 20-25 pasażerów. Interesującym jest dla mnie fakt, że za podróż na tym samym odcinku płaci się różne kwoty, w zależności od tego czy jedzie się do miejsca docelowego czy się z niego wraca. Dla przykładu jadąc do tzw. Cosmopolitan Mall, zapłaciłyśmy 5 kwacha za podróż do, oraz 8 kwacha za drogę powrotną.

Oczywiście można podróżować też autem, w Zambii znakomita większość kierowców porusza się pickupami, a widok pasażerów jadących na pace to norma. Również i nam udało się niejednokrotnie taką przejażdżkę „w bagażniku” uskutecznić:


Co ciekawe, podczas jednego z wypadów na zakupu natknęłam się po drodze na placówkę mojego poprzedniego pracodawcy, Citi Banku. Pamiętam, że zanim rozstałam się z Citi jedna z koleżanek odkryła, że bank ma swoje oddziały w Zambii, i zastanawiała się jak taki afrykański bank może wyglądać. Ku zaskoczeniu okazuje się, że nie jest to jakaś rudera pokryta strzechą, ale biurowiec nie ustępujący zewnętrzną bryłą europejskim placówkom.


Pozostając w temacie usług finansowych, w pierwszym tygodniu udałyśmy się na poszukiwania kantoru, aby wymienić dolary na tutejszą walutę kwache (ZMB). Aby zobrazować przelicznik waluty można przyjąć, że 1$ = 10 kwacha. Pomieszczenie kantoru okazało się być bardzo ładnie wykończone i starannie utrzymane. Przebywając w środku można było odnieść wrażenie, że człowiek wcale nie znajduje się w dzikiej Afryce.


Podobne zaskoczenie przeżyłam podczas swoich pierwszych zakupów. W Lusace są supermarkety, powiem więcej, są nawet centra handlowe, klimatyzowane, ze sklepami lokalnych sieciówek, na środku znajdują się wysepki. Czułam się niemal tak samo jak w Złotych czy Arkadii.


Supermarkety są bardzo dobrze wyposażone, można kupić zarówno spożywkę jak również artykuły przemysłowe czy wykończeniowe.


Ceny generalnie zbliżone są do tych jakie mamy w Polsce. Jak za zboże płaci się tutaj za kawę oraz szampony do włosów. Poniżej słoik (250g) kawy w cenie 95K, co równe jest około 35 zł. Za szampon, który w Polsce kupi się za 15 zł lub za dyszkę na promocji w niemieckiej sieciówce, w Zambii trzeba zapłacić około 30-40 zł.


Przejdźmy do budynków sakralnych. Do najbliższego kościoła mamy około 20 minut pieszo. Gwoli wyjaśnienia, codzienne poranne Msze Święte odbywają się na terenie naszej placówki, w kaplicy zlokalizowanej w convencie, który zamieszkują siostry. W niedzielę zaś udajemy się w raz z naszymi dziewczynami do kościoła parafialnego. Jeśli chodzi o msze, trwają one nieco dłużej niż w Polsce. Taka niedzielna Eucharystia lekką ręką zajmuje 2 godziny. Po pierwsze dużo więcej jest śpiewów, okraszonych brawami i delikatnymi pląsami w rytm muzyki. Dary do ołtarza przynoszą wierni i są to faktycznie dary z prawdziwego zdarzenia. Dotychczas udało mi się zaobserwować ludzi niosących w darze: zgrzewki wody mineralnej, opakowanie płatków kukurydzianych, worek ziemniaków, butelkę oleju, paczkę papieru toaletowego i pewnie coś jeszcze ze spożywki, bo wręczano także reklamówki pochodzące z tutejszych dyskontów.

Budynek kościoła w zasadzie podobny jest do tych, które obserwujemy w Polsce. Dwie wieżyczki zwieńczone krzyżem. W środku ołtarz, drewniane ławki (z oparciami). Próżno szukać bogatych pozłacanych zdobień czy różnobarwnych witraży. W Zambii kościół to dosłownie miejsce praktyki religijnej, do którego ludzie przychodzą się modlić. Na bogate elementy wykończeniowo-dekoracyjne zwyczajnie brakuje funduszy, więc stawia się na proste rozwiązania. Blaszany spadzisty dach, niezbyt finezyjne oświetlenie w postacie reflektorów lub podłużnych lamp, obrazy w drewnianych ramach, rzucające się w oczy głośniki.



Nie o wygląd świątyni chodzi, a o Ducha, który jest w narodzie, a tego Zambijczykom nie brakuje. Znakomita większość wiernych bierze czynny udział w Eucharystii, a nie jak w Polsce, w większości przypadków, niemrawo szeptem powtarza wyuczone formuły. Oczywiście nie chcę tutaj nikogo obrażać, ale forma modlitwy i towarzysząca jej ekspresja jest tutaj na dużo wyższym poziomie niż u nas. O tę ekspresję i pobudzanie wiernych do aktywnego udziału we Mszy troszczy się zespół muzyczny. Stanowią go dorosłe kobiety i mężczyźni, ubrani w jednolite stroje, którzy zajmują pierwsze 3-4 rzędy ławek i wdzięcznym śpiewem ożywiają atmosferę. Po mszy ksiądz (bądź księża) wychodzi bezpośrednio na zewnątrz i wita się ze swoimi parafianami. Pamiętam też, że podczas naszej pierwszej Mszy w tutejszej parafii zapytano czy mamy dzisiaj obecnych jakiś gości, nowe osoby. Kolor skóry mamy jaki mamy, nie sposób było udawać, że nie jesteśmy nowe. Wstałyśmy (wraz z nami wolontariuszki z Niemiec i Irlandii), a ludzie powitali nas brawami. W kolejną niedzielę poczyniłam obserwację, że jest to ich cotygodniowy zwyczaj, bo ponownie pytali, kto jest pierwszy raz. My już nie wstawałyśmy, no bo przecież dla nas to już nie pierwszyzna, ale podnieśli się jacyś inni ludzie i dla nich również biliśmy brawa. Bardzo miła forma powitania gości bądź nowych parafian.

Tyle w kwestiach technicznych. Słów kilka o naszej codzienności. W ostatnim czasie trochę się działo. Po pierwsze przez kilka dni gościły u nas dwie Dominiki, które zakończyły swoją krótkoterminową misję w Kasamie. Oprócz nich odwiedziły nas również Ewelina z Weroniką, toteż przez kilka dni byłyśmy w 6 u nas na placówce. Okazało się, że w piątek 21 września stuknęła nam rocznica znajomości, bo równo rok temu od tej daty miał miejsce pierwszy zjazd formacyjny w SOMie, podczas którego się zapoznałyśmy. Takie piękne okoliczności przy świętowaniu rocznicy – sześć Polek z jednej formacji spotyka się w jednym miejscu, na Czarnym Lądzie. Bóg to jednak potrafi wykręcać zaskakujące scenariusze i zsyłać nam takie niespodzianki. 


Całym sześcioosobowym składem miałyśmy okazję uczestniczyć w koncercie Maleo Reaggae Rockers, który obecnie przebywa na tournée w Zambii w związku z obchodami stulecia niepodległości Polski. Koncert był w poniedziałek późnym popołudniem, a przed koncertem miał miejsce grill dla Polonii. Cały event odbywał się na parafii Chrystusa Odkupiciela (oddalonej jakieś 3-4 km od naszego COH) u polskiego księdza Macieja, którego poznałyśmy równo tydzień przed wydarzeniem. Pojedzone było iście polsko: kiełbasa, kurczak, karkówka, nawet ogórki konserwowe się pojawiły! Na grillu były osoby duchowne, które posługują w Zambii, ale też świeccy, którzy na co dzień mieszkają w Lusace. Spotkać swoich rodaków na obcej ziemi, na dodatek w takich przyjemnych okolicznościach, ot taka kolejna niespodzianka od Pana.





W ogóle też ciekawa sytuacja. W czerwcu tego roku mój brat Szymon przyjął bierzmowanie. Po Mszy biskup udzielający sakramentu pozował do zdjęć ze świeżo wybierzmowaną młodzieżą. Kiedy zakończyło się strzelanie fotek, selfie etc., podeszłam do biskupa, zagadałam, a w zasadzie to poprosiłam o błogosławieństwo na tę moją, zbliżającą się wielkimi krokami misję. No i wywiązała się dyskusja, wiadomo standardowe pytania: dokąd, kiedy, na jak długo, z jakiej organizacji etc. Gdy powiedziałam o Zambii, okazało się, że duchowny zna dziewczynę, która również była na misji w Zambii. Co więcej poznała wówczas swojego przyszłego męża, Zambijczyka Eryka, za którego w sierpniu wyjdzie za mąż. Moja mama, stojąc obok, z niezbyt tęgą miną, przysłuchiwała się tej historii, a biskup z przekorą i żartem, zasugerował, że kto wie, być może i mojej mamie przyjdzie wydać córkę za Afrykańczyka. Gdy pożegnałyśmy się z biskupem, mama z dużo stanowczością w głosie oznajmiła, że wolałaby jednak Polaka za zięcia. Pośmiałyśmy się, temat umarł.
Jestem na tym koncercie Maleo, poznajemy różnych ludzi, jest wśród nich parka, ona Polka, on Zambijczyk, przedstawiają się, mówią, że są świeżo po ślubie w Polsce, a przed nimi jeszcze ślub zambijski. Moje zwoje mózgowe zatrybiły, co prawda imienia dziewczyny, o której opowiadał biskup nie zapamiętałą, ale imię jej wybranka już owszem. Przeprowadzam szybkie, małe śledztwo, kilka pytań, tyleż samo odpowiedzi. Werdykt: tak to oni, ci od biskupa. Świat jest jednak mały, a okoliczności, w których poznajesz kogoś, o kim gdzieś, od kogoś słyszałeś, potrafią być naprawdę zaskakujące. Świeżo upieczonym małżonkom życzymy wszystkiego najlepszego, niech się darzy!

W ostatni weekend byłyśmy u księdza Pawła w Mungu, na fejsowym profilu mojego bloga wrzuciłam foteczki z tego wyjazdu, więcej opowiem w kolejnym poście. Teraz powiem tylko tyle, że wizyta u księdza była okazją do zobaczenia tej Afryki z prawdziwego zdarzenia, jaką większość Europejczyków sobie wyobraża. U nas w Lusace tak na prawdę nie czuć Afryki Afryki, z grubsza jest dość europejsko. Ale gdy wyjedzie się kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów za stolicę to daje się już odczuć różnice, po pierwsze w zabudowie po drugie w wyglądzie zewnętrznym ludzi. Nie trzeba być specjalnie bystrym, aby zauważyć wszechobecną biedę, głód i ubóstwo...



Tyle ode mnie na dziś, życzę dobrego niedzielnego popołudnia i smacznego obiadu dla tych, którzy jeszcze nie jedli oraz wyborowej kolacji dla tych, którzy są już po. Wszystkim z kolei życzę, by docenili fakt, że mięli dziś co do garnka włożyć.
Z Bogiem! :)











piątek, 14 września 2018

We start acting!

Jest wtorek (11/09/18), rozpoczynam tworzenie tego posta gotując ryż na najbliższe 3 kolacje, mam nadzieję, że faktycznie na tyle wystarczy, bo jutro czy pojutrze mogę nie mieć czasu na przygotowanie posiłku od podstaw. W kwestii wyżywienia, mamy zapewniony lunch, więc o gotowanie obiadów nie musimy się martwić, idziemy na gotowe. Trochę inaczej wygląda sprawa ze śniadaniami i kolacjami, musimy je przygotowywać we własnym zakresie. Stąd gotowanie ryżu na zapas.

 

Co jest serwowane na lunch? Ryż lub nshima (lokalny specjał, gęsta papka na bazie mąki kukurydzianej, podobna do naszej kaszy manny), mięso przy niedzieli, chociaż na tygodniu ze dwa razy podano do obiadu kiełbasę, ryba przy piątku, soja, sałatka w postaci rozgotowanych ogórków tudzież gotowana fasola albo liście rzepaku i obowiązkowo sosik, taki trochę pomidorowy. Jedzenie jest okej, całkiem dobre. Jednakże ja lubię ostre, a oni nie zwykli tu dużo pieprzyć czy solić, więc lunche jadam łagodne. Niezbyt doprawiony lunch rekompensuje sobie podczas kolacji.


Time table
Jak wygląda nasz roboczy dzień? Pobudka wg uznania, ale tak, aby wyrobić się na poranną mszę o 06.15. Nie jest to obligatoryjne nabożeństwo, nikt nas do uczestnictwa w Eucharystii nie przymusza, wszystko w pełnej wolności. Ale zdecydowanie lepiej wchodzi się w nowy dzień rozpoczęty spotkaniem z Panem. Poza tym inni, byli wolontariusze gorąco rekomendowali msze, jako idealny zaczątek dnia, a z także jako pewien środek zaradczy, pomagający zwalczać kryzysy, których nie sposób uniknąć na rocznej misji. U mnie dzięki Bogu jak na razie bez większych zjazdów, więc Msza Święta to na ten moment: forma dziękczynienia za to, że mogę być tu gdzie jestem oraz zwrócenie się do Boga z prośbą o błogosławieństwo na każdy nowy dzień. Wymodlona, z większym poczuciem pewności, startuje z pracą. Mam tu na myśli czas w szkole, gdzie asystuje nauczycielowi w prowadzeniu lekcji. Asystowanie polega m.in. na: przepisywaniu podręcznika na tablicę, sprawdzaniu zadań czy to domowych czy tych, które dzieci robią na lekcji, uzupełnieniu dziennika wraz z nastaniem nowego roku szkolnego. Mnie w udziale przypadło wspomaganie w klasie 5b. Numer klasy nie jest przypisany dzieciom w tym samym wieku. Piąta klasa to dzieci w wieku 10-13 lat, podczas gdy klasa 1 to dzieciaczki od 6 do 9 roku życia Moja 5b liczy ponad 40 osób, w Afryce klasy są bardzo liczne. Pierwszego dnia miałam okazję asystować w klasie 1, maluchy są przeurocze i bardzo grzeczne. Momentami sprawiały wrażenie wręcz wystraszonych, pytanie tylko czy bały się mnie, białej zjawy czy też ich nauczycielka budzi taki respekt. 




Wracając do harmonogramu dnia, w szkole jesteśmy do około 14/15. W międzyczasie o +/- 9.30 jest przerwa śniadaniowa, o +/- 13.00 przerwa lunchowa. Plus, minus dlatego, że nie ma stałych godzin przerw, gdy nauczyciel skończy lekcję, zarządza przerwę. Po lunchu wraca się do szkoły na takie jakby zajęcia wyrównawcze, jakieś czytanie, wyjaśnianie tego czego nie udało się załapać na zajęciach. Do szkoły chodzą też dzieci z okolicy, więc wtedy mamy również z nimi kontakt, natomiast kiedy kończy się szkoła, zostajemy już tylko z naszymi dziewczynkami, które mieszkają tu na stałe. Mamy około 30 dziewczyn, w wieku 10 - 20 lat. Między 16, a 17.30 jest czas na zajęcia pozaszkolne, czyli sport, produkcja, rękodzieło, sprzątanie otoczenia. We wtorek w ramach tych dodatkowych aktywności robiliśmy jakieś bransoletki, Patricia (wolontariuszka krótkoterminowa z Irlandii) uczyła nas robienia na drutach. Nie powiem, żebym załapała (zdolności manualne stoją u mnie na żenująco niskim poziomie), ale chyba nie raz i nie dwa będzie okazja, aby się douczyć. 


Po zajęciach pozaszkolnych różaniec, który trwa do 18.00. Od 18.15 do 19.30 jest ostatni wspólny z dziewczynkami, punkt dnia, mianowicie asystowanie w odrabianiu lekcji, pomoc w wyjaśnianiu niezrozumiałych zagadnień. Mnie w udziale przypada najczęściej ogarnianie matmy. O ile mnie samej matma większych problemów nigdy nie sprawiała, o tyle z wyjaśnianiem, takim aby ktoś zrozumiał i to jeszcze po angielsku już wcale tak lekko nie jest. Ale wspólnymi siłami, z dziewczynkami tłumaczącymi niejasne angielskie wyrażenia czy polecenia, można osiągnąć cel. Jak nie da się słownie, to rysunkowo czy pisemnie i voila. Po 19.30, w praktyce koło 20, wracam do domku i to już jest mój czas wolny. Wtedy jem kolacje, próbuje złapać wifi lub darmowego fejsa/messengera. Darmowego dlatego, że część zambijskich usługodawców w zakresie telefonii komórkowej umożliwia korzystanie z fejsa czy mesengera bez transferu danych. Toteż jeśli nie siedzimy akurat w altance obok domu sióstr polując na wifi, oznacza iż lecimy na free internecie. Szału nie ma, ale lepsze to niż nic, do pisemnego komunikowania się wystarcza, a jeszcze jak się zrobi punkt dostępu to w ogóle szaleństwo, można z tego darmowego neta korzystać na ekranie kompa (patrz zdjęcie poniżej). Potrzeba matką wynalazków.


Bóg nie zna przypadków
Nie umieściłam tego w pierwszych postach, mimo, iż działo się to na początku, ale miałam za pamięci, aby się tym podzielić. Mianowicie już pierwszego dnia naszego pobytu w Lusace odwiedził nas ksiądz Paweł. Przypuszczam, że podczas mojego pobyty w Zambii ta postać pojawi się wielokrotnie w kolejnych postach. Księdza Pawła poznałam osobiście pierwszy raz właśnie w Zambii, ale okazuje się, że „znamy” się już 8 lat. W 2010 roku szliśmy razem w warszawskiej akademickiej pielgrzymce na Jasną Górę, ale na tamten czas nie mieliśmy pojęcia o wzajemnym istnieniu. Księży szło wtedy kilku, nie zapoznawałam się ze wszystkimi, pątników było jeszcze więcej, toteż x. Paweł miał jeszcze większe prawo nie kojarzyć wszystkich. WAPM jest dużą pielgrzymką, tworzy ją kilka, a może nawet kilkanaście grup, ale los chciał, że zarówno ja jak i ksiądz szliśmy w zielonej. O tym, że księdza Pawła skądś kojarzę dowiedziałam się gdy zobaczyłam Jego zdjęcie. Przed naszym przyjazdem Ania kontaktowała się z księdzem, do którego mieliśmy namiary od byłych wolontariuszy. Każdy z nich z wielkim sentymentem i błyskiem w oku opowiadał o swojej relacji z księdzem. My same już pierwszego wieczoru przekonałyśmy się dlaczego wzbudza On w ludziach tyle sympatii. Zanim przyjechał nas odwiedzić, z oddalonego około 60 km od Lusaki, Mungu, w którym na co dzień posługuje, zapytał czego nam potrzeba, zrobił podstawowe zakupy, a ponadto kupił i zarejestrował dla każdej z nas karty SIM (pośrednio to właśnie księdzu zawdzięczam darmowego fejsa i messengera). Jeden wieczór, jedna rozmowa i już wiesz, że masz do czynienia ze swoim człowiekiem. Ksiądz przybliżył nam po krótce realia życia w Zambii, podał przybliżone ceny różnych produktów, abyśmy nie przepłacały, poopowiadał o swojej codzienności i jeszcze tego samego wieczoru, którego się poznaliśmy zaprosił do siebie, kiedykolwiek będziemy miały ochotę. Ba, na Wigilię też już mamy zaproszenie do Mungu. Minęło 8 lat od naszego pierwszego „spotkania”, ja na chwilę przed wylotem do Zambii dowiaduje się, że na miejscu jest już ktoś „znajomy”, czy to przypadek? Nic z tych rzecz przypadek to świeckie imię Ducha Świętego, a ten troszczy się o to, abyśmy nawet w odległej Afryce, na drugiej półkuli, daleko za równikiem miały w sąsiedztwie swojego rodaka i to na dodatek kapłana.

O miejscowych zwyczajach słów kilka
Pamiętam jak na swojej prezentacji w SOMie, Kasia (z tego miejsca serdecznie Ją pozdrawiam), która podobnie jak my była na rocznej misji w City of Hope, ba nawet zamieszkiwała ten sam domek co my, opowiadała, że ludzie mają tutaj manię zamiatania. Co innego usłyszeć, co innego zobaczyć. Faktem pozostaje to, że ludzie zamiatają tutaj na okrągło. Przy każdym domku stoi szczotka, dumnie sygnalizując, że mieszkańcy dbają o czystość swojego otoczenia. Dziewczynki także mają na wyposażeniu kilka, jeśli nie kilkanaście szczotek. My również zostałyśmy zaangażowano do tego procederu, dwa razy w ciągu tygodniu podczas tzw. „cleaning of the surrouandings” pomagamy dziewczynkom w dbaniu o porządek podwórka i jakżeby inaczej, naczelną czynnością jest wtedy zamiatanie. Można trochę karykaturalnie spoglądać na takie zamiłowanie do zamiatania, nie jest to jednak czynność, która wzięła się tutaj zupełnie od czapy. W Lusace jest dość wietrznie, a ziemia najczęściej jest goła, niczym nie wyłożona, toteż mocno się kurzy i nawiewa różnych nieczystości, które bez regularnego zamiatania, w krótkim czasie mocno zasyfiłyby podwórko. Chcąc nie chcąc trzeba zamiatać i przyzwyczaić się do widoku wszędobylskiej szczotki. 
PS. Kończeniu przeze mnie tego posta, a konkretnie wybieraniu zdjęć, wtóruje zza okna, jakżeby inaczej, dźwięk szczotki, sąsiedzi zamiatają.


Powitanie
W ubiegłą niedzielę (09/09/18) odbyło się oficjalne powitanie wolontariuszy, którzy będę pracować na placówce City of Hope (COH). Przypomnę, że oprócz mnie i Ani są tutaj dwie młodziutkie (osiemnastoletnie) wolontariuszki z Niemiec, które podobnie jak my spędzą w COH najbliższy rok oraz Patricia, wolontariuszka z Irlandii, która będzie z nami tylko do końca października. Powitanie odbyło się podczas przerwy lunchowej. Przy stoliku, który zajmowałyśmy ustawiono ozdobną kartkę z hasłem: welcome home. Po posiłku miała miejsce, nazwijmy ją, część teatralna przywitania. Zajęłyśmy rozstawiono dla nas krzesła na środku pomieszczenia i musiałyśmy się przedstawić. Każda powiedziała o sobie kilka słów, poinformowała o tym, z jakiego kraju przyjechała oraz jak długo tu zostanie. Kiedy my skończyłyśmy nasze autoprezentacje, inicjatywę przejęły dziewczęta. Odśpiewały dla nas piosenkę, a następnie tanecznym pląsem podeszły do każdej z nas, aby wręczyć nam chitengi (jest to lokalna, damska część garderoby, rodzaj dużej wielofunkcyjnej chusty, która najczęściej służy za spódnicę, ale bywa też używana jako nakrycie głowy, nosidełko dla dziecka czy nawet obrus). Każda z nas była poddana swoistym obłóczynom, gdyż chitengi nie zostały nam wręczone do rąk, lecz zostałyśmy nimi opasane przez nasze podopieczne. Kiedy już z grubsza wyglądałyśmy jak lokalsi, wręczono nam ciasteczka i lizaki, które mają nam osłodzić życie, gdy pojawią się łzy i smutek. Ja jeszcze takich negatywnie skrajnych emocji tutaj nie doświadczyła, ale po moich słodkościach już ani widu. Na koniec głos zabrała siostra Prisca, zwróciła się do nas w bardzo ciepły sposób, wyrażając swoją wdzięczność z powodu naszej obecności i nakazała, abyśmy w City of Hope czuły się jak w domu.


Szkoła
Dzieci w szkole są dużo grzeczniejsze i bardziej posłuszne niż w Polsce, szczególnie te mniejsze. W ogóle samo szkolnictwo w Zambii jest traktowane jako przywilej, a nie jako przykra konieczność, jak to najczęściej ma miejsce na Zachodzie. Większość dziewczynek cieszyła się, że kończą się już wakacje, mimo, że oznaczało to rozstanie z długimi, doczepianymi warkoczykami. Podczas roku szkolnego noszenie długich włosów, naturalnych, sztucznych, własnych czy doczepianych jest bezwzględnie zabronione. Wydaje mi się, chociaż nie mam na to jeszcze potwierdzenie, że może to wynikać z faktu przeciwdziałaniu wylęganiu i roznoszeniu się wesz. Długie włosy to na pewno bardziej przyjazne środowisko dla ich rozwoju niż krótko przycięta czupryna. Jak wspomniałam większa była radość z powrotu do szkoły niż smutek związany z zakończeniem wakacji. Edukacja, wykształcenie to w Zambii najprostszy środek do osiągnięcia jakiegoś sukcesu życiowego oraz poprawy sytuacji materialnej. Dlatego szkołę bierze się tutaj na poważnie, nauczycieli traktuje się niemal jak Boga (o czym za chwilę), a prace domowe odrabia się regularnie. Nie ma nieprzygotowań,  nieodrabianie prac domowych, ściemniania, bólu brzuchu. Szkoła to szkoła, bezdyskusyjna kwestia.


Szkoła szkole nie równa. Tutejsi uczniowie, w przeciwieństwie do swoich europejskich kolegów nie mają własnych książek, zeszytów, korzystają z tego co zapewni im szkoła, a ta ma dosyć ograniczone możliwości. Podręczników jest kilkanaście na całą klasę, dlatego nauczyciel przepisuje je na tablicy, a dzieci do swoich zeszytów. Każde dziecko ma jeden długopis i jeden ołówek, gumkę do ścierania mają co poniektóre, a własny piórnik to przejaw luksusu. Zeszyty to dobro wyższego rzędu, dlatego dysponuje się nimi oszczędnie, a także zabezpiecza przed zniszczeniem. W Zambii próżno szukać zmyślnych foliowych okładek, tu stosuje się proste i tanie środki ochrony. Zeszyty okłada się gazetami albo kolorowymi ulotkami z marketów.


Nauczyciel niczym guru, o czy miałam okazję przekonać się już pierwszego dnia podczas zajęć z pierwszą klasą. Po pierwsze dzieci zwracają się do pani nauczycielki per Madame, po drugie kiedy czegoś chcą, a najczęściej chodzi o możliwość napicia się wody lub wyjścia do toalety, podchodzą do biurka i klękają (sic!) na obydwa kolana, po czym zwracają się do nauczyciela ze swoim zapytaniem. Klękają nie tylko przed nauczycielem, ale także przed rozpoczęciem i na koniec zajęć. Wtedy akurat to klękanie jest w pełni uzasadnione, bo odmawiają modlitwę. Bardziej zrozumiałe, bynajmniej dla mnie jest klękanie prze Tym który na to faktycznie zasługuje niż przed nauczycielem bez względu na to o co go proszą, no ale co kraj to obyczaj. Akurat taka postawa uniżenia może rzutować na późniejszym wychowaniu dzieci, bo czego jak czego, ale grzeczności, uprzejmości oraz gotowości niesienia pomocy naszym zambijskim podopiecznym nie można odmówić. Przykład, maluch na oko z 7 lat, podchodzi do mnie na przerwie, pyta czy nie jestem głodna i wyciąga rękę z wypełnionym pudełkiem śniadaniowym. Grzecznie, żeby nie urazić odpowiadam, że bardzo dziękuje, ale nie trzeba. Zasmucona, nieco rozczarowana mina i ostatnia próba okraszona pytaniem, czy na pewno czuje się pełna. Przykłady można mnożyć, dziś na przerwie lunchowej podeszła do mnie uczennica z mojej klasy, trzymając jogurt i wręczyła mi go z uroczystym zwrotem: „to dla ciebie, Madame” (dzięki Bogu nie klękała). Drugiego dnia szkoły dostałam też laurkę od jednej z uczennic, tęcza, naklejki i tekst chwytający za serce: „bardzo cię kocham, bardzo lubię twój uśmiech, czynisz mnie szczęśliwą, kiedy się do mnie uśmiechasz”. Z kolei dzisiaj otrzymałam uproszczony słownik lokalnego języka nyanja. Dziewczynka, która mi go wręczyła ma wyraźną ochotę na odwrócenie ról i stanie się nauczycielem, bo na odwrocie kartki z przetłumaczonymi wyrazami, napisała, że jutro mnie odpyta.




Mnie osobiście ujmuje tutejsza hojność, empatia i wrażliwość, których nie sposób wyrazić samymi tylko słowami. Te dzieci mają tak niewiele, a są w stanie oddać wszystko, niczym Biblijna wdowa, która złożyła w ofierze dwie monety, stanowiące cały jest majątek (odsyłam do Ewangelii Marka: 12, 38-44). Mnie samej dzielenie się przychodzi nieraz bardzo trudno, a jeśli już zdobędę się na ten szalenie szlachetny czyn to daje z tego co mi zbywa… Moi mali zambijscy podopieczni są gotowi dać wszystko, co w danym momencie posiadają, bez kalkulowanie jak obędą się bez tego czym się właśnie podzielili.

Prawda jest taka, że miejscowym niewiele zostało dane, tak naprawdę nie bardzo jest się czym dzielić, a oni i tak mają w sobie gotowość oddania wszystkiego, mimo, że czasem braknie im samym, a co dopiero, żeby zbywało. W kwestii ofiarności i gotowości do poświęceń, mogę co najwyżej czyścić Zambijczykom buty. Dlatego zakończę sentencją autorstwa św. Jana Bosko, którą po raz pierwszy usłyszałam podczas formacji w SOMie, a którą mam okazję codziennie sobie odświeżać, gdyż widnieje ona na ścianie jednego z tutejszych domów dla dziewcząt: „Zabierz wszystko, duszę zostaw”. 


_____________________________________________________________________________