piątek, 16 listopada 2018

Trzy oblicza misji.

Mwauka bwanji tak w języku cinyanja mówi się dzień dobry. Witam wszystkich po dość długiej przerwie. Przyznaję, że zebranie się do napisania nowego posta nie przyszło mi łatwo, a to wszystko primo dlatego, że grafik mam dość napięty, a dwa zauważyłam, że nie potrafię być zwięzła w swoim przekazie, przez co stworzenie każdego nowego wpisu jest dla mnie dość czasochłonne. Na początek pragnę poinformować, że u mnie wszystko w porządku. Wiem, że to takie sztampowe określenie, ale cóż rzec, kiedy właśnie wszystko jest tak jak być powinno. Jestem zdrowa, w dobrym humorze, nie chodzę głodna, nie odczuwam destrukcyjnej tęsknoty za domem i polskim życiem, dzień po dniu realizuje swoją misję.


Obecność
A ta misja jest bardzo zwyczajna. Dostaje sporo pozytywnych, bardzo budujących wiadomości o tym, że ktoś podziwia to co robię, że docenia moje poświęcenie i fakt, że porzuciłam coś (swoje życie), by robić inne coś (zmieniać czyjeś życie). Faktycznie może tak to wyglądać z punktu widzenia osoby, która przebywa w Polsce, a nie tutaj w Zambii. Jestem bardzo wdzięczna za wszystkie dobre słowa, bo jest to bardzo budujące i dodające skrzydeł. Spieszę jednak z wyjaśnieniami, że nie do końca jest tak jak może się wydawać. Moja misja nie zmienia świata, nie niesie za sobą przełomowych następstw, nie ratuje ludzkiego życia czy zdrowia. Nie jestem też odpowiedzialna za budowę domów, szkół, studni czy czegokolwiek innego. Ja nawet nie gotuje dla nikogo więcej poza samą sobą.


A jednak jakaś misja ma miejsce. Moja misja to po prostu obecność, to chyba najlepsze określenie. Czym moja obecność się przejawia? Pomagam w szkole, sprawdzam zadania domowe i lekcyjne, czasem przeliteruje jakiemuś zatroskanemu dziecku angielskie słówko, wytłumaczę matematykę, pochwalę za poprawne wykonanie zadania, narysuje i pokoloruje obrazki, które później ozdobią ściany naszej klasy, przepisze na komputer testy czy po prostu zapytam how are you by w odpowiedzi usłyszeć standardowe fine and you? Oprócz zadań nauczycielskich staram się także być jak najbliżej dzieciaków z mojej klasy. Z biegiem czasu zyskuje coraz większe ich zaufanie. Każdego dnia co raz ktoś dosiada się do zajmowanej przeze mnie ławki, by zamienić kilka słów, pożyczyć ołówek czy gumkę.


W oczach i gestach dzieci dostrzegam, że oczekują one mojej uwagi, nie tylko tej nauczycielskiej, ale też takiej zwyczajnej, ludzkiej. Poklepanie po plecach, objęcie czy przybicie żółwika wywołuje na ich twarzach szeroki uśmiech, gdyż jest przejawem mojego zainteresowania. Proste, zwyczajne, błahe gesty dla dzieciaków znaczą naprawdę dużo. Widząc ich autentyczną radość sama odczuwam wewnętrznie, że nie odklepuje swojej roboty, urzędowych ośmiu godzin (w moim przypadku pięciu), ale oprócz wypełniania szkolnych obowiązków, buduję też jakąś relację ze swoimi podopiecznymi, czyniąc ich dzień chociaż troszkę lepszym czy weselszym. Laurki, którymi co jakiś czas jestem obdarowywana są chyba wyrazem sympatii i wdzięczności i dowodzą, że to wzajemne budowanie więzi i znajomości idzie nam całkiem nieźle.


Pozostając w temacie laurek, wczoraj otrzymałam chwytający za serce list od moich „córek”. Zambijskie dziewczynki mają pewną zabawę, która chyba nawet nie nosi jakiejś szczególnej nazwy. Polega ona na tym, że dziewczynka prosi jakąś kobietę/starszą dziewczynę, by została jej tzw. play mother, wówczas ona staje się play daughter tejże mamy. Nie wiem do końca jakie są zasady tej zabawy, ale odnoszę wrażenie, że dziewczynki, które nie mają mam chcą sobie jakkolwiek zrekompensować ten brak i szukają chociaż namiastki macierzyństwa w postaci takiej mamy na niby. Na początku swojego pobytu w COH zostałam poproszona przez jedną z młodszych dziewczynek zamieszkujących placówkę o to, bym została jej play mother, zgodziłam się, ku wielkiej jej uciesze. Kilka tygodnie temu o to samo poprosiła mnie uczennica z mojej klasy, jej również nie odmówiłam. Okazało się, że obie moje córki, są jednocześnie moimi uczennicami, gdyż pierwsza z nich także uczęszcza do mojej klasy. Na dzisiejszych zajęciach obydwie zajęły ławkę przede mną i pod koniec dnia wręczyły mi list, w którym zapewnił mnie o swojej miłości, napisały, że jestem ich skarbem i co najzabawniejsze, zabroniły mi stania się mamą dla kogokolwiek innego. Także chyba na więcej dzieci się nie zanosi, statystyki i tak mam niezłe, dwie córki w ciągu dwóch miesięcy, można mi pogratulować pozytywnego wpływu na przyrost naturalny.





Ostatnimi czasy do bardziej szumnych zadań szkolnych należało przygotowanie IDcards, czyli identyfikatorów dla uczniów ostatnich klas szkoły podstawowej i średniej, potrzebnych na końcowe egzaminy. Musiałyśmy przygotować ok. 150 takich IDcards. Zadanie było dość kompleksowe, gdyż cała proces przygotowawczy spadł na nas, od robienia zdjęć portretowych (za tło posłużyło prześcieradło przewieszone przez okienne kraty), przez identyfikowanie uczniów, obrabianie zdjęć, komputerowe tworzenie identyfikatorów, ich wydruk, wycięcie i na końcu laminowanie. Nawet u mnie na maturze nie było takich profesjonalnych identyfikatorów, a tutaj elegancko, każdy uczeń z imienną kartą opatrzoną fotografią, na dodatek w porządnej, plastikowej okładce, nie ma lipy.



Tak mniej więcej wygląda moja misja szkoła. Równolegle toczy się druga, misja placówka, czyli życie we wspólnocie z naszymi dziewczętami. Po powrocie ze szkoły spędzamy razem czas zarówno na rozrywce, nauce, rozmowach jak również przy wspólnych obowiązkach. Każdego powszedniego dnia gromadzimy się na wspólnym różańcu, czasami jest on chodzony, czasami standardowo siedzący na zewnątrz lub w kaplicy. Bez względu na postawę podczas modlitwy nie ma dnia by nie towarzyszyły nam śpiewy. Dziewczyny mają zwyczaj zastępować niektóre dziesiątki różańca śpiewem pieśni, adresowanych do Maryi, które mimo, że już przeze mnie w miarę znane, a raczej osłuchane, wciąż budzą zachwyt.


Wracając do głównego wątku, mając za sobą ponad 2 miesiące obecności w tym miejscu dochodzę do wnioski, że City of Hope doskonale poradziłoby sobie beze mnie. Jak wspomniałam na początku moje działania nie są przełomowe, nie są też bynajmniej nieodzowne dla funkcjonowania placówki. Jedna Żaneta w tę czy we w tę nie robi różnicy, tak jak jedna jaskółka nie czyni wiosny. Dlaczego więc się tutaj znalazłam, po co, w jakim celu? Tego naprawdę sama do końca nie wiem… Wierzę i ufam, odkąd tylko uzyskałam zgodę na wyjazd, że jest w tym jakiś Boży zamysł. Sama z kolei stwierdzam, że misja tak naprawdę jest bardziej dla mnie samej niż dla tych, do których zostałam posłana. Trochę to egoistyczne, ale jak dotąd znajdujące potwierdzenie w rzeczywistości. Śmieję się nieraz do znajomych, że psycholog (przypominam, że każdy z kandydatów na wolontariusza przechodził testy psychologiczne) to chyba wybiera na misje największe ofiary i nieszczęścia życiowe, a nie wcale takich stabilnych, pozornie idealnych kandydatów. Wszytko po to, aby nas poukładać, z tych naszych niedoskonałości, wad zrobić jakiś pożytek, a zasadniczo dać większe szanse do samorozwoju i stawania się lepszym człowiekiem. Od razu z tego miejsca przepraszam wszystkich innych wolontariuszy przebywających na misjach, nie uważam was bynajmniej za „ofiary i nieszczęścia życiowe” tylko generalizuje na potrzeby artykułu 😊 


Jeżeli zaś chodzi o mnie to jestem przykładem tego nieidealnego kandydata, oczywiście nie chodzi teraz o to, aby się samemu biczować i kamienować, tylko o to, że misje pozwalają mi odkrywać siebie i poznawać niestety także te słabsze, czarniejsze strony mojego jestestwa. Codzienność zambijska, z dala od swoich komfortowych warunków mieszkalnych, prywatności i chyba też pewnego luksusu (w porównaniu do tego co jest tutaj) uświadamia mi moje wady i słabości. Zupełnie nowym doświadczeniem jest dla mnie mieszkanie z kimś obcym. Wiadomo Ania już taka obca nie jest, ale chodzi mi o to, że całe swoje dotychczasowe życie spędziłam w domu rodzinnym, w znajomym środowisku, które niczym mnie nie zaskakiwało. Tymczasem przyszło mi współdzielić stosunkowo niewielką przestrzeń mieszkalną z kimś nowym. Wspólne mieszkanie i dzielenie codzienności z drugim człowiekiem niesie, nową dla mnie, naukę. Pokazuje mi moje cechy charakteru, które dobrze byłoby poprawić i być może gdyby nie misje nie dostrzegłabym pewnych problemów po swojej stronie. Albo może nie tyle nie dostrzegła, bo jednak jakąś tam świadomość siebie mam, ale tutaj znajduje w sobie większe zacięcie do pracy nad sobą i dążenia do przezwyciężania swoich słabostek czy przyzwyczajeń. Czasem odnoszę wrażenie, że trzecim, niemniej istotnym elementem mojej misji jest drugi człowiek, z którym przyszło mi współdzielić misyjną rzeczywistość, dlatego obok misji szkoły oraz misji placówki znajduje się niemniej ważna misja współpartner. Każdy wymiar mojej misji jest wielką lekcją samej siebie, daje do myślenia i skłania do refleksji i za to wielka Chwała Panu.


Teraz jeszcze słów kilka o tej obecności. Mimo wszystko jest ona w jakiś sposób ważna. Efekty mojej misji nie są co prawda mierzalne, nie jestem w stanie zrobić ekonomicznego bilansu podsumowującego liczbę uczynionego przeze mnie dobra. Niemniej jednak prozaiczna codzienność i związana z nią obecność czy to z dziećmi w szkole czy z dziewczynami na placówce pokazuje mi, że bycie przy drugim człowieku, asystowanie w różnych czynnościach czy wykazywanie jakiegokolwiek zainteresowania przysparza moim podopiecznym wiele radości i uśmiechu. Po części wynika to zapewne z faktu, iż zambijskie dzieci mają większą radość z bardzo prostych okoliczności dnia codziennego. Na prawdę nie potrzeba dużo, aby je zadowolić czy wywołać uśmiech na ich twarzach. Na naszej placówce mamy styczność z dziećmi, które są raczej w jakiś sposób skrzywdzone przez los, są sierotami, pochodzą z biednych rodzin, mają skrzywione życiorysy (i to wcale nie z wyboru, a z przymusu). Generalnie sytuacja większości z nich jest nie do pozazdroszczenia i ku mojemu zdumieniu to wcale nie odbiera im radości życia. Ta radość wydaje się być jeszcze ciut większa właśnie dzięki naszej obecności. Wracam do punktu wyjścia i powtarzam, że my nie robimy tutaj wielkich rzeczy, nie zmieniamy świata, ale odnoszę wrażenie, że przez codzienną obecność, uśmiech, pytanie how are you po raz enty, poklepanie po plecach, puszczenie oczka czy zbicie piątki czynimy życie tutejszych dzieci nieco lepszym, weselszym i bardziej pozytywnym. Okazując im swoje zainteresowanie zyskujemy to samo z ich strony. Szalenie ujmująca jest ich wrażliwość i empatia, kiedy na przykład zmęczymy się fizycznie i mamy czerwone twarze to pytają z troską co się dzieje. Jakieś krosty, syfy na twarzy, zaczerwienienie łydki od siedzenia "noga na nogę", znamiona po szczepionkach, mój krzywy palec, przekrwione oko, wszystko to autentycznie ich martwi i wzbudza pełne troski zainteresowanie. 


Zauważam też jak bardzo nasi podopieczni potrzebują dotyku, przytulania. Nie ma znaczenia, ile mają lat, trochę dziwnie jest tulić i całować w czoło dwudziestolatkę, ale nie zdarzyło mi się, aby nawet taka starsza dziewczyna się odsunęła czy ofuknęła na moje zachowanie. Wnioskuje zatem, że każda z nich, bez względu na to czy ma lat 10 czy 20 bardzo łaknie ciepła oraz uwagi pod wszelką postacią. 


Zanim zakończę chciałabym podzielić się dwoma doświadczeniami. 
Już kiedyś wspominałam, że dostaję od dzieci dużo laurek czy obrazków, nic się w tej materii nie zmieniło, dzieciaki są niestrudzone w rzeźbieniu i obdarowywaniu nowymi kolorowankami. Jakiś czas temu szczególnie zaskoczył mnie prezent od Beauty (naprawdę tak ma na imię), uczennicy z pierwszej klasy. Sytuacja była tego typu, że pewnego dnia mijałam się z nią w bramie, wymiana uprzejmości, standardowe how are you, przytulanie, bo to straszna przylepa jest i zawsze się garnie do tulenia. Coś tam sobie gadamy i widzę, że ma przesuszone usta, pytam co się dzieje, w odpowiedzi dowiaduje się, że dawno nie piła, bo skończyła się woda w dystrybutorze. Oddałam jej swoją butelkę z wodą, dorzuciłam lizaka, wzbudzając tymi szumnymi darami wielką radość, Beauty podziękowała i każda z nas poszła w swoją stronę. W następnym tygodniu na stołówce podczas lunchu dostaje od niemieckiej wolontariuszki kopertę i dowiaduje się, że to od Beauty, która mnie szukała, aby wręczyć mi ją osobiście. Wyczuwam, że w środku jest coś więcej poza laurką, której się spodziewałam, otwieram, a tam… obcinacz do paznokci. Wydaje mi się, że była to forma największej wdzięczności z jej strony, dała mi to co miała. Potrzeba odwdzięczenia się była w niej tak duża, że to co mi podaruje było dla niej sprawą zupełnie drugorzędną, zasadniczym faktem było to, aby mnie obdarować, dać coś od siebie. Dla mnie samej również najmniej istotne było to co dostałam, najmocniej zaś chwyciła mnie za serce postawa pełnej szczerości wdzięczności, której niestety czasem próżno szukać u mnie samej. 


Druga sytuacja miała miejsce u nas na placówce. Pewnego piątkowego wieczoru wraz z Anią wpadłyśmy do pokoju jednej z dziewcząt by powiedzieć dobranoc. Dziewczyna siedziała wraz ze swoją młodszą siostrą, u której zdiagnozowano gruźlicę. Strasznie przykra sytuacja, kaszel totalnie wyniszczający, jej postura ciała również wskazuje, że nie jest z nią najlepiej. Tego wieczoru czuła się co najmniej kiepsko, czasem miałyśmy wrażenie, że majaczy od rzeczy, była silnie rozpalona. Mimo, że na zewnątrz było co najmniej 25 stopni, ona miała na sobie dwie bluzy, dwa albo trzy razy poprosiła nas również o to, abyśmy odwróciły wzrok, podczas gdy ona spluwała do kubka wykaszlaną wydzielinę. No generalnie przykry widok, a do tego silne poczucie niemocy, widzisz jak się człowiek męczy i nie bardzo jesteś w stanie pomóc. Jak tymczasem swoją sytuację widzi główna poszkodowana? Z pewną stanowczością, bardzo dużym spokojem i tak wielką pokorą w oczach i głosie, stwierdza, że tak być musi, bo taki to jest teraz czas jej choroby. Zaczyna też coś mówić o tym, że w życiu tak już bywa, że na wszystko jest właściwy czas, tylko ludziom brakuje cierpliwości. Po jakimś czasie sama proponuje, abyśmy poczytały wspólnie Biblie i otwiera jakąś przypadkową stronę. Następuje jednak szybki zwrot akcji. Zamyka Pismo Święte i stwierdza, że to nie była dobra kolejność, bo zapomnieliśmy o modlitwie. Modlimy się wspólnie we cztery, nie trwa to zbyt długo, po czym następuje druga próba otworzenia Pisma. Otwiera, wodzi palcem po stronie i zaczyna czytać: 

Wszystko ma swój czas, 
i jest wyznaczona godzina 
na wszystkie sprawy pod niebem: 
Jest czas rodzenia i czas umierania, 
czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono, 
czas zabijania i czas leczenia, 
czas burzenia i czas budowania, 
czas płaczu i czas śmiechu, 
czas zawodzenia i czas pląsów, 
czas rzucania kamieni i czas ich zbierania, 
czas pieszczot cielesnych i czas wstrzymywania się od nich, 
czas szukania i czas tracenia, 
czas zachowania i czas wyrzucania, 
czas rozdzierania i czas zszywania, 
czas milczenia i czas mówienia, 
czas miłowania i czas nienawiści, 
czas wojny i czas pokoju. 
Cóż przyjdzie pracującemu 
z trudu, jaki sobie zadaje? 
Przyjrzałem się pracy, jaką Bóg obarczył ludzi, 
by się nią trudzili. 
Uczynił wszystko pięknie w swoim czasie, 
dał im nawet wyobrażenie o dziejach świata2
tak jednak, że nie pojmie człowiek dzieł, 
jakich Bóg dokonuje od początku aż do końca. 
Poznałem, że dla niego nic lepszego, 
niż cieszyć się i o to dbać, 
by szczęścia zaznać w swym życiu. 
Bo też, że człowiek je i pije, 
i cieszy się szczęściem przy całym swym trudzie - 
to wszystko dar Boży. 
Poznałem, że wszystko, co czyni Bóg, 
na wieki będzie trwało: 
do tego nic dodać nie można 
ani od tego coś odjąć. 
A Bóg tak działa, by się Go [ludzie] bali. 
To, co jest, już było, 
a to, co ma być kiedyś, już jest; 
Bóg przywraca to, co przeminęło. 
I dalej widziałem pod słońcem: 
w miejscu sądu - niegodziwość, 
w miejscu sprawiedliwości - nieprawość. 
Powiedziałem sobie: 
Zarówno sprawiedliwego jak i bezbożnego 
będzie sądził Bóg: 
na każdą bowiem sprawę i na każdy czyn 
jest czas wyznaczony. 
(Księga Koheleta 3, 1-17) 

Nie będę już pisać o moim zaskoczeniu odnośnie tego, jaki fragment nam się trafił, mając szczególnie na względzie to co kilka minut wcześniej było przedmiotem naszej rozmowy. Nie znajduje słów, aby wyrazić swoje zdumienie czy nawet opisać uczucia jakie wtedy mi towarzyszyły. Jestem za to w stanie opisać refleksje jakie się u mnie pojawiły po wydarzeniach tamtego wieczoru. Chciałabym bardzo, dzięki doświadczeniom misyjnym, posiąść umiejętność odnajdywania Boga, prawdziwego szczęścia i samej siebie w małych rzeczach i banalnej codzienności. W obdarowywaniu i przyjmowaniu, w smutku i radości, w chłodzie i upale, w mojej trojakiej misji, a zasadniczo w tym co jest moją i co jest Jego wolą, zawsze pamiętając o tym, że wszystko ma swój czas. Amen.





niedziela, 7 października 2018

Daily life.


Witam wraz z początkiem października, udało mi się wyrzeźbić kolejny post, a przede wszystkim go opublikować, bo na afrykańskim wifi, wstawienie nowego wpisu opatrzonego zdjęciami i filmami jest szalenie czasochłonne. Nauka cierpliwości polega tutaj na nabywaniu zdolności do czekania, począwszy od oczekiwania na kierowcę, który nas dokądś podrzuci, idąc przez czekanie na work permit, umożliwiający roczny pobyt w Zambii, a kończąc na internecie, który działa bardzo kapryśnie. Taka lekcja będzie dla mnie na pewno przydatna, gdyż swoje życie w Europie miałam bardzo uporządkowane. Do swojej codzienności podchodziłam zadaniowo. W większości przypadków byłam panią/kowalem swojego losu, miałam jakąś kontrolę nad własną codziennością. Tutaj muszę się przestawić. Po pierwsze zmienić słowo zegarek na czas. My europejczycy mamy zegarki, wszystko dzieje się o ściśle określonej porze, zmienną jest godzina, stanowiąca punkt odniesienia w planowaniu codzienności czy generalnie życia. Afryka natomiast ma czas, ma go szalenie dużo. Mało co dzieje się o z góry określonej porze. To czy: ktoś przyjedzie, coś będzie gotowe, coś się zacznie, coś zakończy, o tej i tej godzinie czy tego i tego dnia, pozostaje zagadką. Trzeba nastawić się na to, że czas w Afryce to wartość względna, zależna indywidualnie od osoby i okoliczności. Branie za pewnik umówionych dni i godzin okazuje się być zgubne.

Przykład, dzisiejszy lunch, który wg naszego timetable odbywa się w niedziele o 12.30, dziś rozpoczął się o 13.20. Kilka tygodni temu na godzinę 7.00 była zaplanowana msza z okazji rozpoczęcia roku szkolnego. Godzina 7.00 była ot takim hasłem, niezobowiązującym terminem rzuconym w eter. W praktyce rozpoczęliśmy mszę o 7.50. Oczekiwanie na nasz work permit to jest w ogóle temat rzeka, któremu mogłabym poświęcić cały oddzielny post i być może wcale nie wyczerpałabym tematu. W skrócie wygląda tak, że skończyła nam się już miesięczna wiza, a work permitu jak nie było tak nie ma. Podobno ma być gotowy w przyszłym tygodniu, "podobno" jest tutaj kluczowe, bo ów "przyszły tydzień" ciągnie się już prawie od miesiąca. Procedura trwa w najlepsze, my nie do końca wiemy czy jesteśmy tutaj legalnie czy już na przypale. Teoretycznie mamy jakąś kserokopie potwierdzenia wpłaty za ten work permit, ale nie bardzo wiemy czy to wystarczające. Najlepsze jest to, że nikt poza nami nie widzi w tym żadnego problemu. I to jest właśnie idealne zobrazowanie tego jakie mają tutaj podejście do czasu oraz planowania. Będzie to będzie, nie ma to nie ma, po co drążyć temat. Może do końca naszego pobytu się wyrobią.



W tym wpisie chciałabym przedstawić trochę informacji technicznych z zakresu transportu, usług, budownictwa. Na początku pokaże nasze włości, poniższe fotki obrazują najbliższe otoczenie oraz domostwo, w którym przyjdzie nam spędzić najbliższy rok:









Tak mieszkamy, jest bardzo sympatycznie. Zanim zgłosiłam się na formację miałam wyobrażenie, że mieszkanie na misjach będą musiała sobie zorganizować sama, czyli wybudować jakiś szałas, wykopać dołek i myć się we wiadrze, niczym Boczek ze Świata wg Kiepskich. Tymczasem okazuje się, że primo domek jest, na dodatek murowany, ma szyby, ba nawet moskitiery w oknach. Jest wyposażony w niezbędne media, każda z nas ma swój prywatny pokój, zaś spanie odbywa się na normalnym łóżku, a nie jakiejś gołej posadzce czy snopku siana. Mamy salon z aneksem kuchennym, łazienkę z sedesem oraz prysznicem. Co do pewnych niedogodności, które nie są wielce problematyczne, no ale mają miejsce, zdarza się kąpiel w zimnej wodzie, z niewiadomych przyczyn czasem ciepłej wody brakuje. Ma to miejsce nie częściej niż 2-3 dni w tygodniu. Ponadto czasami nie ma prądu, wyłączenia nie trwają jednak dłużej niż kilka godzin, nie mogę powiedzieć, żeby była to jakaś wielka tragedia. A propos prądu to już pierwszego dnia miałyśmy pewne zderzenie z tutejszymi standardami. Przyjeżdżamy do domku, każda ma telefon na wyczerpaniu, więc jedna z pierwszych czynności, to szukanie gniazdek, tych akurat nie brakuje, ale jak widać na zdjęciu, są zgoła inne niż te których używamy w Polsce. Oczywiście nie przyszło mi do głowy, by zainteresować się tematem wcześniej i zaopatrzyć się w jakieś przejściówki, mimo, że mój brat, "złoty elektryk" sugerował, bym podpytała jak wygląda tutaj kwestia gniazdek i prądu. Wszystko dobre co się dobrze kończy, dzięki radzie księdza Pawła i przywiezionym z Polski rozgałęziaczom, udało się ów problem rozwiązać sposobem. Daje się wepchać "polski" rozgałęźnik jeśli w jeden z otworów (oczywiście nie ten, który jest w bezpośredniej łączności z prądem) włoży się coś cienkiego (my używamy w tym celu patyczka po lizaku), wówczas coś tam się w środku poluzowuje i można wjechać z wtyczką, która ma grubsze bolce, niż te które są w Zambii. Ponadto w paczce, którą wysłali mi rodzice, idzie też przedłużacz z wtyczką dostosowaną do tutejszych gniazdek. Co do paczki, jestem bardzo ciekawa czy i kiedy dojdzie. Skorzystaliśmy z usług naszej krajowej poczty, przewidywany czas wg rozpiski na stronie to około 30 dni, w praktyce 2-3 miesiące, więc może akurat na święta zajdzie.

Pokazałam mniej więcej w jakich warunkach mieszkamy, teraz kilka słów o tym jak mają się sprawy z zambijską komunikacją i usługami. W Zambii obowiązuje ruch lewostronny:


Trochę ciężko się przestawić, na szczęście nie ja muszę prowadzić auto, więc mogę delektować się jazdą niczym w odbiciu lustrzanym. Jak widać na filmiku ulice, szczególnie te miejskie, wyglądają podobnie do europejskich, asfaltowa wylewka, pas zieleni oddzielający dwie jezdnie, masa bilbordów. Chodników dla pieszych brak, poruszają się oni poboczem. Przejścia dla pieszych to również bardzo rzadki widok, chcąc przebić się przez ulicę trzeba po prostu pchać się na chama, ale z zachowaniem pewnej ostrożności. W odpowiednim momencie należy niejako wymusić na samochodzie, aby się zatrzymał albo zdążyć przebiec zanim nadjedzie. Ruch na ulicach jest spory. Jeżeli chodzi o krajobraz miejski Lusaki, to na każdym kroku mija się wspomniane bilbordy. Dużo ludzi porusza się pieszo, na środkach ulic również mija się ludzi, którzy handlem ulicznym zarabiają na życie. Europa ma zakupy internetowe, Afryka zakupy drogowe. Czekając na zmianę światła można skorzystać z usług ulicznych handlarzy, którzy kręcą się między samochodami oferują szeroką gamę produktów: m.in.: woda, słodkie napoje, drożdżówki, kiełbasa, papier toaletowy, zdrapki do telefonu, wszelkiej maści obuwie, warzywa/owoce. Zabudowa jest raczej niska, gdzieniegdzie w tle widać wysokie budynki, biurowce czy wieżowce. Stanowią one jednak niewielki procent tkanki miejskiej.


Lusaka stwarza też możliwości transportu zbiorowego. Po mieście poruszają się busy, ale nie takie miejskie jak np. w Warszawie, tylko takie bardziej nyski:


W taki autobus wbija się pasażerów w myśl zasady ile wlezie. Jadąc raz na zakupy miałam przyjemność siedzieć na jednej kanapie z czwórką innych pasażerów, co wcale nie było takie niekomfortowe, biorąc pod uwagę fakt, że Ani przyszło wówczas jechać na prowizorycznym siedzeniu, za które służyło odwrócone do góry nogami wiadro. W autobusie panował tak nieprzeciętny ścisk, że nie szło wyjąć aparatu i pyknąć zdjęcia czy filmiku. Myślę, że taki busik za każdym razem wiezie około 20-25 pasażerów. Interesującym jest dla mnie fakt, że za podróż na tym samym odcinku płaci się różne kwoty, w zależności od tego czy jedzie się do miejsca docelowego czy się z niego wraca. Dla przykładu jadąc do tzw. Cosmopolitan Mall, zapłaciłyśmy 5 kwacha za podróż do, oraz 8 kwacha za drogę powrotną.

Oczywiście można podróżować też autem, w Zambii znakomita większość kierowców porusza się pickupami, a widok pasażerów jadących na pace to norma. Również i nam udało się niejednokrotnie taką przejażdżkę „w bagażniku” uskutecznić:


Co ciekawe, podczas jednego z wypadów na zakupu natknęłam się po drodze na placówkę mojego poprzedniego pracodawcy, Citi Banku. Pamiętam, że zanim rozstałam się z Citi jedna z koleżanek odkryła, że bank ma swoje oddziały w Zambii, i zastanawiała się jak taki afrykański bank może wyglądać. Ku zaskoczeniu okazuje się, że nie jest to jakaś rudera pokryta strzechą, ale biurowiec nie ustępujący zewnętrzną bryłą europejskim placówkom.


Pozostając w temacie usług finansowych, w pierwszym tygodniu udałyśmy się na poszukiwania kantoru, aby wymienić dolary na tutejszą walutę kwache (ZMB). Aby zobrazować przelicznik waluty można przyjąć, że 1$ = 10 kwacha. Pomieszczenie kantoru okazało się być bardzo ładnie wykończone i starannie utrzymane. Przebywając w środku można było odnieść wrażenie, że człowiek wcale nie znajduje się w dzikiej Afryce.


Podobne zaskoczenie przeżyłam podczas swoich pierwszych zakupów. W Lusace są supermarkety, powiem więcej, są nawet centra handlowe, klimatyzowane, ze sklepami lokalnych sieciówek, na środku znajdują się wysepki. Czułam się niemal tak samo jak w Złotych czy Arkadii.


Supermarkety są bardzo dobrze wyposażone, można kupić zarówno spożywkę jak również artykuły przemysłowe czy wykończeniowe.


Ceny generalnie zbliżone są do tych jakie mamy w Polsce. Jak za zboże płaci się tutaj za kawę oraz szampony do włosów. Poniżej słoik (250g) kawy w cenie 95K, co równe jest około 35 zł. Za szampon, który w Polsce kupi się za 15 zł lub za dyszkę na promocji w niemieckiej sieciówce, w Zambii trzeba zapłacić około 30-40 zł.


Przejdźmy do budynków sakralnych. Do najbliższego kościoła mamy około 20 minut pieszo. Gwoli wyjaśnienia, codzienne poranne Msze Święte odbywają się na terenie naszej placówki, w kaplicy zlokalizowanej w convencie, który zamieszkują siostry. W niedzielę zaś udajemy się w raz z naszymi dziewczynami do kościoła parafialnego. Jeśli chodzi o msze, trwają one nieco dłużej niż w Polsce. Taka niedzielna Eucharystia lekką ręką zajmuje 2 godziny. Po pierwsze dużo więcej jest śpiewów, okraszonych brawami i delikatnymi pląsami w rytm muzyki. Dary do ołtarza przynoszą wierni i są to faktycznie dary z prawdziwego zdarzenia. Dotychczas udało mi się zaobserwować ludzi niosących w darze: zgrzewki wody mineralnej, opakowanie płatków kukurydzianych, worek ziemniaków, butelkę oleju, paczkę papieru toaletowego i pewnie coś jeszcze ze spożywki, bo wręczano także reklamówki pochodzące z tutejszych dyskontów.

Budynek kościoła w zasadzie podobny jest do tych, które obserwujemy w Polsce. Dwie wieżyczki zwieńczone krzyżem. W środku ołtarz, drewniane ławki (z oparciami). Próżno szukać bogatych pozłacanych zdobień czy różnobarwnych witraży. W Zambii kościół to dosłownie miejsce praktyki religijnej, do którego ludzie przychodzą się modlić. Na bogate elementy wykończeniowo-dekoracyjne zwyczajnie brakuje funduszy, więc stawia się na proste rozwiązania. Blaszany spadzisty dach, niezbyt finezyjne oświetlenie w postacie reflektorów lub podłużnych lamp, obrazy w drewnianych ramach, rzucające się w oczy głośniki.



Nie o wygląd świątyni chodzi, a o Ducha, który jest w narodzie, a tego Zambijczykom nie brakuje. Znakomita większość wiernych bierze czynny udział w Eucharystii, a nie jak w Polsce, w większości przypadków, niemrawo szeptem powtarza wyuczone formuły. Oczywiście nie chcę tutaj nikogo obrażać, ale forma modlitwy i towarzysząca jej ekspresja jest tutaj na dużo wyższym poziomie niż u nas. O tę ekspresję i pobudzanie wiernych do aktywnego udziału we Mszy troszczy się zespół muzyczny. Stanowią go dorosłe kobiety i mężczyźni, ubrani w jednolite stroje, którzy zajmują pierwsze 3-4 rzędy ławek i wdzięcznym śpiewem ożywiają atmosferę. Po mszy ksiądz (bądź księża) wychodzi bezpośrednio na zewnątrz i wita się ze swoimi parafianami. Pamiętam też, że podczas naszej pierwszej Mszy w tutejszej parafii zapytano czy mamy dzisiaj obecnych jakiś gości, nowe osoby. Kolor skóry mamy jaki mamy, nie sposób było udawać, że nie jesteśmy nowe. Wstałyśmy (wraz z nami wolontariuszki z Niemiec i Irlandii), a ludzie powitali nas brawami. W kolejną niedzielę poczyniłam obserwację, że jest to ich cotygodniowy zwyczaj, bo ponownie pytali, kto jest pierwszy raz. My już nie wstawałyśmy, no bo przecież dla nas to już nie pierwszyzna, ale podnieśli się jacyś inni ludzie i dla nich również biliśmy brawa. Bardzo miła forma powitania gości bądź nowych parafian.

Tyle w kwestiach technicznych. Słów kilka o naszej codzienności. W ostatnim czasie trochę się działo. Po pierwsze przez kilka dni gościły u nas dwie Dominiki, które zakończyły swoją krótkoterminową misję w Kasamie. Oprócz nich odwiedziły nas również Ewelina z Weroniką, toteż przez kilka dni byłyśmy w 6 u nas na placówce. Okazało się, że w piątek 21 września stuknęła nam rocznica znajomości, bo równo rok temu od tej daty miał miejsce pierwszy zjazd formacyjny w SOMie, podczas którego się zapoznałyśmy. Takie piękne okoliczności przy świętowaniu rocznicy – sześć Polek z jednej formacji spotyka się w jednym miejscu, na Czarnym Lądzie. Bóg to jednak potrafi wykręcać zaskakujące scenariusze i zsyłać nam takie niespodzianki. 


Całym sześcioosobowym składem miałyśmy okazję uczestniczyć w koncercie Maleo Reaggae Rockers, który obecnie przebywa na tournée w Zambii w związku z obchodami stulecia niepodległości Polski. Koncert był w poniedziałek późnym popołudniem, a przed koncertem miał miejsce grill dla Polonii. Cały event odbywał się na parafii Chrystusa Odkupiciela (oddalonej jakieś 3-4 km od naszego COH) u polskiego księdza Macieja, którego poznałyśmy równo tydzień przed wydarzeniem. Pojedzone było iście polsko: kiełbasa, kurczak, karkówka, nawet ogórki konserwowe się pojawiły! Na grillu były osoby duchowne, które posługują w Zambii, ale też świeccy, którzy na co dzień mieszkają w Lusace. Spotkać swoich rodaków na obcej ziemi, na dodatek w takich przyjemnych okolicznościach, ot taka kolejna niespodzianka od Pana.





W ogóle też ciekawa sytuacja. W czerwcu tego roku mój brat Szymon przyjął bierzmowanie. Po Mszy biskup udzielający sakramentu pozował do zdjęć ze świeżo wybierzmowaną młodzieżą. Kiedy zakończyło się strzelanie fotek, selfie etc., podeszłam do biskupa, zagadałam, a w zasadzie to poprosiłam o błogosławieństwo na tę moją, zbliżającą się wielkimi krokami misję. No i wywiązała się dyskusja, wiadomo standardowe pytania: dokąd, kiedy, na jak długo, z jakiej organizacji etc. Gdy powiedziałam o Zambii, okazało się, że duchowny zna dziewczynę, która również była na misji w Zambii. Co więcej poznała wówczas swojego przyszłego męża, Zambijczyka Eryka, za którego w sierpniu wyjdzie za mąż. Moja mama, stojąc obok, z niezbyt tęgą miną, przysłuchiwała się tej historii, a biskup z przekorą i żartem, zasugerował, że kto wie, być może i mojej mamie przyjdzie wydać córkę za Afrykańczyka. Gdy pożegnałyśmy się z biskupem, mama z dużo stanowczością w głosie oznajmiła, że wolałaby jednak Polaka za zięcia. Pośmiałyśmy się, temat umarł.
Jestem na tym koncercie Maleo, poznajemy różnych ludzi, jest wśród nich parka, ona Polka, on Zambijczyk, przedstawiają się, mówią, że są świeżo po ślubie w Polsce, a przed nimi jeszcze ślub zambijski. Moje zwoje mózgowe zatrybiły, co prawda imienia dziewczyny, o której opowiadał biskup nie zapamiętałą, ale imię jej wybranka już owszem. Przeprowadzam szybkie, małe śledztwo, kilka pytań, tyleż samo odpowiedzi. Werdykt: tak to oni, ci od biskupa. Świat jest jednak mały, a okoliczności, w których poznajesz kogoś, o kim gdzieś, od kogoś słyszałeś, potrafią być naprawdę zaskakujące. Świeżo upieczonym małżonkom życzymy wszystkiego najlepszego, niech się darzy!

W ostatni weekend byłyśmy u księdza Pawła w Mungu, na fejsowym profilu mojego bloga wrzuciłam foteczki z tego wyjazdu, więcej opowiem w kolejnym poście. Teraz powiem tylko tyle, że wizyta u księdza była okazją do zobaczenia tej Afryki z prawdziwego zdarzenia, jaką większość Europejczyków sobie wyobraża. U nas w Lusace tak na prawdę nie czuć Afryki Afryki, z grubsza jest dość europejsko. Ale gdy wyjedzie się kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów za stolicę to daje się już odczuć różnice, po pierwsze w zabudowie po drugie w wyglądzie zewnętrznym ludzi. Nie trzeba być specjalnie bystrym, aby zauważyć wszechobecną biedę, głód i ubóstwo...



Tyle ode mnie na dziś, życzę dobrego niedzielnego popołudnia i smacznego obiadu dla tych, którzy jeszcze nie jedli oraz wyborowej kolacji dla tych, którzy są już po. Wszystkim z kolei życzę, by docenili fakt, że mięli dziś co do garnka włożyć.
Z Bogiem! :)